BIG FUCKING ROCKET – TRANSPORT OKOŁOZIEMSKI

Czas na debiutancki wpis w Techno-komentarzach.

Długo myślałem co powinno dostąpić wątpliwego zaszczytu skomentowania na Technolust i wymyśliłem. Będzie to właściwie polemika z niczego nie zdającym sobie sprawy znajomym 🙂

Tak więc zaczynajmy.

Podczas tegorocznego Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego (IAC) firma SpaceX zajmująca się eksploracją kosmosu, a właściwie sam jej założyciel oraz CEO Elon Musk podzielili się planami założenia kolonii na Marsie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie agresywne terminy – misje z ładunkiem na Marsa już w 2022r. oraz z ładunkiem i załogą (sic!) już w 2024r. Co prawda sam Elon stwierdził, że są to bardzo ambitne terminy i powinny ich inspirować, możemy więc z pewnością stwierdzić, że trzeba dodać co najmniej kilka lat.  Poniżej cała konferencja:

 

Przypomnijmy jak ambitny przedsiębiorca chce osiągnąć tak niewiarygodny cel. 3 litery:

BFG… Tfu! BFR 🙂 Tak jest – Big Fucking Rocket!

Ma to być rakieta wielokrotnego użytku (coś co SpaceX nieźle już opanowało z rakietą Falcon 9 odzyskując niemal każdorazowo pierwszy stopień boostera) porównywalna wielkością do Saturna V, który to w Misji Apollo 11 zabrał po raz pierwszy ludzkość na Srebrny Glob.

Specjalne silniki Raptor mają działać na paliwo składające się z mieszanki metanu z tlenem, co pozwoli na loty na Marsa i co najważniejsze – z powrotem! I dla lotu na Marsa jest to dość zrozumiałe – ogromna rakieta, które może zabrać 550 ton na Czerwoną Planetę i/lub 100 ludzi. Super! Jak dla mnie niebywale trudne, ale znając Muska wykonalne z opóźnieniami. Na konferencji prezentowanej powyżej zdradził, że systemy dla BFR już są produkowane i testowane. I tutaj dzieje się coś czego się nie spodziewałem… Zobaczcie sami:

???

Właśnie to zobaczyłem w trakcie tej prezentacji… I po chwili zrozumiałem, że nie różni się to zbytnio od wszystkiego co za ostatnią dekadę dzisiejszy już miliarder zaprezentował. Każdy jego pomysł polegał na tym samym – coś czego ludzie chcą od dawna czego nikt nie chce skomercjalizować, bo to inwestycja podwyższonego ryzyka, bez bazy klientów, bez natychmiastowych przychodów. A Elon Musk przychodzi, analizuje – zakłada długoterminowy plan działania, prezentuje tzw. HALO efekt (Tesla Roadster z dużym zasięgiem i ogromnym przyspieszeniem w sportowej sylwetce, Falcon 9 z lądującym boosterem czy dachówki solarne), robi show, hype się nakręca i… Ostatecznie każdy wali pięścią w czoło z wyrazem twarzy wypowiadającym „JAK MOGŁEM NA TO NIE WPAŚĆ”.

No dobra, ale cholernie drogie starty, przecholernie drogich rakiet, duże przeciążenia – to nie może wypalić. I tutaj dochodzimy do wspomnianej wcześniej polemiki, dokładnie tak znajomy mi to przekazał „Zapomnij o tym, to będzie tak cholernie drogie, że czarno to widzę! Jeśli to będzie dostępne tylko dla prezesów wielkich firm, to prędzej w obieg wejdzie VR czy AR (wirtualna i rozszerzona rzeczywistość – przyp. red.) i zamiast gdzieś lecieć, to przy drinku na plaży, wśród ładnych panienek dobiją targu”.

Pomyślmy i rozłóżmy to na czynniki pierwsze. Wszystkie szacunki są oczywiście wyciągnięte z odpowiedniej części ciała, ale dają trochę wyobrażenia na temat proporcji kosztów.

  1. Start rakiety – tako rzecze Elon Musk: „Methan is cheap and oxygen is extremely cheap”. I to prawda. Oczywiście trzeba wybudować porty, choć nie wydają się to astronomiczne sumy. Sam start oszacowałbym na 1 milion dolarów w przyszłości – obsługa terminala, bezpieczeństwo, tankowanie, utrzymanie systemów oraz paliwo. Niewiele, prawda?
  2. Budowa rakiety – tutaj koszty są faktycznie astronomiczne, ale dobrze wiemy, że SpaceX nie planuje zbudowania kilku rakiet jak dla Programu Apollo NASA. Wtedy koszty R&D są dosłownie spalone podczas startu. Wiemy też, że boostery oraz sam statek mają być wielokrotnego użytku tak jak samoloty. Oszacujmy, że produkcja każdej rakiety przy ich liczbie 20-30 to 500 mln $ z rozłożonymi kosztami R&D i tak dalej. Sporo owszem.
  3. Wycena lotu – aby pokryć sam start setką ludzi (taką ma mieć ładowność dla ludzi BFR – chociaż jest to szacowanie w drodze na Marsa!) łatwo policzyć, że „wystarczy” 10 000$ za bilet. 20 000$ pokryłby koszt rakiety po 500 udanych lotach rakiety. Czy to dużo – tutaj już moja wiedza nie sięga tak daleko, na pewno są spore koszty przeglądów i serwisu, w końcu bezpieczeństwo jest najważniejsze. Myślę jednak, że sporo ludzi myślało w ten sposób na początku dwudziestego wieku o samolotach. Dodatkowo skoro nie trzeba tak dużej ładowności jak przy locie na Marsa – może uda się upchnąć 200 lub nawet 300 osób? Wtedy mówimy już „tylko” o 10 000$ lub 7000$.
  4. Przeciążenia? – też tak myślałem dopóki nie znalazłem wykresów przeciążeń dla Saturna V, który wynosiły maksymalnie… 4g. To niewiele (jeśli można tak nazwać takie przyspieszenie), a dodatkowo silniki Raptor oraz oprogramowanie sterujące nimi, pozostawiają pewnie spore pole do popisu nad poprawą komfortu podróżowania. Mimo wszystko zapewne warunki lotu byłyby zaostrzone, ale młodzi prężni przedsiębiorcy poradzili by sobie. A ponad atmosferą? Cisza, błogi spokój i brak turbulencji, wszak wielu ludzi pewnie przyzna, że start samolotem też do przyjemnych nie należy, kiedy prędkość jest niewielka a wektor lotu mocno w górę, aby jak najszybciej uciec z niechcianego niskiego pułapu.

20/10/7 tysięcy dolarów to dalej zawrotna suma, ale czy liczba milionerów na świecie ciągle się nie zwiększa? Czy prezesi wielkich korporacji w razie problemów w rozsianych zakładach i fabrykach po świecie nie chcieliby w średnio 30 minut (plus oczywiście standardowe odprawy) znaleźć się po drugiej stronie globu? Czy ogromne firmy jak Apple, Microsoft, Amazon, Intel, Nvidia, Tesla, Baidu, Tencent i wiele innych w ramach kontraktów dla wybitnych ekspertów, którzy nie chcą zmienić miejsca zamieszkania ze względu na rodzinę nie zaproponowałyby takich lotów tym pracownikom kilka razy w miesiącu dla spotkań z rodziną?

Po dłuższym namyśle, pomimo wielu niewiadomych oraz traktowaniu całego przedsięwzięcia czy też planu jako ciekawostki jest to naprawdę fascynujący pomysł. Możliwości, które taki sposób podróżowania otwierają są wręcz powalające – kontrakty z korporacjami oddalonymi o tysiące kilometrów, podróż w kosmos – tak po prostu dla zaorania teorii płaskiej Ziemi, rozwój gospodarek światowych i samych technologii, napędów, silników – wszyscy na tym skorzystają. Od wieków to na co było stać tylko bogaczy po odpowiednim upływie czasu stawało się dostępne dla zwykłego zjadacza chleba. Najpierw dla wyższej klasy średniej, później dla ludzi o coraz niższych zarobkach. I wierzę, że w tym przypadku nie byłoby inaczej – różnica jest tylko w skali przedsięwzięcia co znacznie wydłuży czas obniżenia cen. Prawdopodobnie do kilku dekad lub nawet wieku. Ale wizja ta kusi i wie o tym doskonale Elon Musk, widać rewolucja transportu to już dla niego nie tylko Tesla. Teraz tylko czekać na elektryczne samoloty – o czym zresztą już kiedyś myślał, narazie jednak musi dopracować baterie, bo te których obecnie używa choć wystarczające w samochodach, wciąż mają zbyt niską gęstość upakowania energii, aby pozwolić wzbić się w powietrze. Ale to już w innych Techno-wypocinach.

A Wy co sądzicie? Zachęcam do komentowania tematu i wytknięcia mi oczywistych przeoczeń, które na pewno miały miejsce, nie przeczę, bo się na temacie nijak nie znam – a tylko się nim niezdrowo fascynuję 😀

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.