W OCZEKIWANIU NA OSOBLIWOŚĆ

Zdarzają się takie chwile w życiu, kiedy to na co z wypiekami na twarzy czekało się miesiącami zaczyna nabierać realnych kształtów – wbrew wszystkiemu, w ogóle nie cieszy. Można siedzieć i patrzeć w pnące się słupki cen akcji zakupionych w nadziei na przemnożenie swojego kapitału. Można pławić się w dyskusyjnej przyjemności mówienia „A NIE MÓWIŁEM?” ludziom, którzy mają to w dupie, których to właściwie wkurza. Można wyliczać jak bardzo te dodatkowe kilkanaście tysięcy polskich złotych przybliży mnie do kupna własnego M, którego to właściwie nie potrzebuję. Można oglądać Computex, gdzie Intel przez chwilkę chwalił się 28-rdzeniowym procesorem kończącym test Cinebench z częstotliwością 5Ghz, po to by zobaczyć jak AMD bez ponad kilowatowego zasilacza i chłodzenia wodą lodową Threadripperem z 32-rdzeniami robi to lepiej. I wtedy ogarnia mnie myśl „po jaką cholerę tyle mocy Kowalskiemu czy innemu Smithowi? To zaczyna być kurwa, niebezpieczne”. I tak siedząc przed tym monitorem, w tle coś mówiącym Jimem Carrey’m słyszę: „Mój ojeciec przegrał, pomimo że poszedł na kompromis dla rodziny – został księgowym i stracił pracę w wieku 51 lat. To go złamało, stał się zgorzkniały. Kiedy idziesz na kompromis, a i tak przegrywasz. To boli. Bardziej niż porażka w czymś co się kocha.” O nie – to nie jest przypadek, nie wierzę w przypadki. Nigdy nie wydawało mi się, żeby Jim Carrey był jakimś ciekawym gościem, ale gdy z jego ust pada coś takiego to wiesz, że nie masz do czynienia z byle kim. Dzięki Jim – czas zalogować się po dwóch miesiącach na Technolust! Dwóch miesiącach! Wolałem mieć złamaną rękę, wtedy miałem jakąś wymówkę, czemu tak rzadko się udzielam. Albo być na wakacjach, bo to wtedy mój mózg układa plany założenia własnej firmy, najlepiej softwarowej choć programistą nie jestem, a zwracają się tak do mnie w pracy co mnie naprawdę, absolutnie zaskakuje…

Tak więc jesteśmy… 32-rdzenie. Dla Kowalskiego. Dla Smitha. Dla Schmidta. Dla każdego, niby drogo, ale na Zachodzie (to się pisze z wielkiej litery?) będzie stać większość. Ale już na poważnie – nie obawiam się, że 64 czy 128 rdzeni pozwoli małemu Kazikowi czy Frankowi napisać inteligentnego bota do władzy nad światem. Ale myślę, że jesteśmy w momencie kiedy warto się zastanowić… Oklepene „KIM JESTEŚMY? DOKĄD ZMIERZAMY?”, czasem za bardzo się wczuwam i wtedy filozofuję. Ale niestety przy jakiejkolwiek rozmowie ze znajomymi, czy obejrzeniem któregokolwiek filmu na temat Sztucznej Inteligencji – takimi pytaniami kończą się wszelkie debaty. „Kim jest człowiek? Co czyni człowieka, człowiekiem? Czy komuś kto zachowuje się jak człowiek i rozumuje jak człowiek – nie należy się szacunek? Nie należą się prawa?”. Nie mnie decydować… A może właśnie zamiast studiować te żałosne słupki, powinienem już dawno studiować Sztuczną Inteligencję? Bo może jeszcze za naszego życia, będę zmuszony decydować jak się odnosić do nowych… Maszyn, wśród nas? Może warto zrozumieć z czym się będzie miało do czynienia.
Kiedy zastanowić się nad tym co Sztuczna Inteligencja mogłaby wnieść do życia i gospodarek na świecie, wszystkie firmy z Apple, Microsoftem, Amazonem, Intelem czy Teslą na czele zaczynają się wydawać czymś zupełnie przyziemnym. Czymś na wzór firm produkujących komputery, ale uwaga – przed wynalezieniem tranzystora. Już widzę jak pukacie się palcem w czoło i nie dziwię się. Ale analogia taka już być powinna – przemawiająca do wyobraźnii. Dziś jesteśmy w punkcie, w którym tranzystorów w mikroprocesorach mamy dziesiątki miliardów – i pewnie niewiele rzędów mniej przyspieszyło to wszelkie dokonywane na nich obliczenia. A co stanie się po wynalezieniu „prawdziwej” (naukowcy pewnie spierają się dalej co to tak naprawdę znaczy, ale myślę, że te rozważania przechodzą powoli w te bardziej filozoficzne – wspomniane wcześniej przeze mnie) Sztucznej Inteligencji? W pierwszych miesiącach / latach zapewne nic – pooglądamy na Youtube kilka streamów, zobaczymy na Netflixie kilka odcinków z Davidem Lettermanem (oby dożył) z najnowszym wynalazkiem ludzkości, może będzie przypominał fizycznie człowieka, może nie – zależy kto i w jakich celach go opracuje. Ale wkrótce pojawią się kolejne i kolejne firmy próbujące swoich sił. Korporacje zaczną wykupywać najlepszych specjalistów w tej dziedzinie i tak całe „know how” zacznie się szerzyć po globie. Nim się obejrzymy, może się okazać, iż Sztuczna Inteligencja jest wszędzie – w naszym samochodzie (to już zapewne niedługo), w naszym domu, będzie mieć mogła formę sprzętową, lub okrytą podobnym do ludzkiego ciała materiałem (wiadomo po co i w jakiej branży) czy też czysto programową, załatwiającą za nas sporo spraw. Któż lepiej przeanalizuje dane firmy do jej dalszego rozwoju? Któż wydajniej rozezna sytuację na globalnych rynkach? W pracy wyręczy wielu ludzi we wszelkich montowniach. A wieczorem odwiezie bardzo bezpiecznie do domu…

To będzie prawdopodobnie etap pierwszy, taki prosty i przewidywalny – wykorzystanie jak zwięrzeta kiedyś do pracy. Drugi jest o wiele ciekawszy i moralnie wymagający od ludzkości zadania sobie wielu pytań oraz określenia czym jest człowieczeństwo. Nie mam najmniejszych powodów twierdzić, że nie powstaną maszyny podobne do człowieka – taka nasza natura. Lubimy bawić się w Boga i taka jest prawda. Wiele z nich powstanie w niecnych celach, niektóre wręcz przeciwnie – jak to w życiu ludzi… No właśnie, w życiu ludzi? A czy coś takiego jest człowiekiem? Pewnie powiecie „oczywiście, że nie!”… A gdyby te maszyny tak doskonale naśladowały człowieka, że nie bylibyście w stanie ich odróżnić? Wyobraźcie to sobie tylko – zakochujecie się w pięknej kobiecie, jest mądra, oczytana i inteligentna, a do tego świetna w łóżku. Po roku jednak znajdujecie ukradkiem zrzuconą silikonową skórę, niby inteligentna, a zapomniała, że kot może grzebać w śmieciach wystawionych do wywózki i zawlec do domu. Jak zareagujesz? Przecież dalej ją kochasz, ale to maszyna. Jak mogłeś pokochać maszynę? Przecież ona nie ma duszy! Nie jest żywa! To kawałek lekkiego tworzywa z jednostką centralną na kształt mózgu i dla niepoznaki – z doskonale odtworzonym przewodem pokarmowym… Etap drugi to zakwestionowanie naszych wyobrażeń o nas samych, o naszej wybitności, o wadze naszych emocji i uczuć. Od tego etapu powinny zależeć interakcje pomiędzy maszynami humanoidalnymi i ludźmi. Może się okazać, że opracowanie takich maszyn w pewnym momencie zostanie zakazane z wymienionych wcześniej powodów moralnych… Ale w Chinach… 😉

Trzeci etap natomiast jest dla mnie przynajmniej – przerażający. W latach osiemdziesiątych XX wieku (jak to staro brzmi!) niejaki Vernor Vinge rozpowszechnił pojecie osobliwości technologicznej jako analogii do wnętrza czarnych dziur, w których to dzieją się rzeczy dla człowieka niezrozumiałe, tajemnicze i nie do przewidzenia. Otóż rozwój całej technologii od lat idzie utartym schematem – często zaczyna się od odkrycia lub wynalazku, opracowaniu produktu; wdrożeniu go do produkcji i jego dalszym rozwoju czyli następnych coraz lepszych i doskonalszych wersjach pierwotnego założenia, które to może się z czasem zatracić i zmienić w zupełnie coś nowego lub oderwać się, aby istnieć obok rdzennego konceptu jako osobna technologia.
Kiedy tylko ktoś zrozumie (a nikt nie będzie musiał, wiemy o tym już dziś z wyprzedzeniem), że skoro Sztuczna Inteligencja potrafi rozwiązywać konkretne problemy, do których została powołana, można stworzyć z pewnością o wiele bardziej złożoną „uniwersalną” Sztuczną Inteligencję, która to będzie potrafiła ulepszać się sama… Tak, aby nie musiał tego dekadami robić człowiek, może to być ponad nasze siły/koszta lub właśnie trwać zbyt długo. A kiedy to się stanie, wyobraźcie sobie czego dokonał człowiek na świecie przez kilkaset tysięcy lat. Czego dokonał w 300 lat rewolucji przemysłowej, a co stało się podczas ostatnich lat trzydziestu zaledwie. Wszystko to zostanie przyćmione w ciągu dekady, będziemy śmiesznymi małpkami zdanymi na łaskę naszych panów – i to tylko w pierwszej czy drugiej generacji „uniwersalnej” AI. Tak jak my potrafimy porozumiewać się z małpami w bardzo prymitywny sposób, tak następne generacje zdegradują nas do roli uciążliwego owada. A ten marnie kończy gdy stoi na drodze zdeterminowanej istoty inteligentnej.

Istnieją oczywiście dyskusje czy w ogóle potrafimy taką Sztuczną Inteligencję stworzyć. Mam znajomych, którzy twierdzą, że nie można stworzyć czegoś inteligentniejszego od stwórcy. Ja jestem innego zdania, silniejsze i wytrzymalsze rzeczy tworzyć umiemy – naśladując przyrodę, więc i mózg można odtworzyć. Jak dla mnie jesteśmy po prostu w erze „przed wynalezieniem tranzystora”, można Sztuczną Inteligencję symulować zapewne z wykorzystaniem superkomputerów z TOP100, ale dopiero dziś nauczyliśmy się wykorzystywać do tego akceleratory wywodzące się z kart graficznych. Czy to jest ten tranzystor? Czas pokaże… Przeszkodą może okazać się krzem i jego litografia, ale zostało jeszcze trochę pomysłów i asów w rękawie – najważniejsze to w odpowiednim momencie spróbować czegoś nowego, wiele razy się udało więc może nie utkniemy w tak obiecująycym momencie. Paradoks – jednocześnie jaram się (inaczej tego nazwać nie mogę), a zdrugiej obawiam AI.

Nie wiem dlaczego nie potrafię wyobrazić sobie tego inaczej. Może dlatego, że to właśnie swoją inteligencją i możliwością abstrakcyjnego myślenia tak szybko zawojowaliśmy świat. Ewolucja zagrała w rosyjską ruletkę… A może właśnie nie? Może tak właśnie ma być. Ale wolałbym żeby więcej ludzi studiowało Sztuczną Inteligencję. Jej rozwój i tak jest nieunikniony, a im więcej ludzi zrozumie problem, tym (mam nadzieję) będzie łatwiej rozwijać ją bezpiecznie.