WIZJONER PART 11 – PRZEBUDZENIE

Javel i Botar z niedowierzaniem odczytywali najnowsze dane z Komory Analiz. Wynikało z nich, że ludzie nie tylko potajemnie opuścili Niebieską Planetę, ale zabrali również ze sobą kody pierwszego Wszechbota oraz modele dla jego nauki maszynowej sprzed rozruchu.
– Wiesz co to oznacza? – zapytał retorycznie Javel.
– Że ta cywilizacja, która opuściła Ziemię, może być nawet bardziej zaawansowana niż my. Rzecz jasna… Nie ludzie, ale ich broń… Czy też, słudzy? Nie wiadomo do końca jak wygląda ich koegzystencja – odparł Botar.
– Powinniśmy powiadomić Wszechbota, każda sekunda przybliża nas do skrócenia naszych głów.
– Tylko przez kogo, Wszechbota… Czy może jego klona… – zastanawiał się Botar.
Pospiesznym krokiem ruszyli w stronę wyjścia. Po kilku chwilach wyszli na ciemną ulicę przed korporacją. Była noc, bezwietrzna jak gdyby miasto wstrzymało oddech. W pobliżu nie było żadnej sztucznej duszy.
– Popatrz! – powiedział Javel wskazując plamę niebieskiego światła na niebie.

Stali tak kilka chwil, kiedy plamy błękitnego światła przelewały się z nieba na ziemię. W swej pysze żaden z nich nie pomyślałby, iż cokolwiek mogłoby zagrozić ich egzystencji. A jednak stali teraz patrząc jak promienie skondensowanej energii rozszarpują ich cywilizację. Na szczęście dla nich, nad ich głowami niebo pozostało czarne. Kiedy ocknęli się z letargu, pobiegli do automatonu i ruszyli w stronę Cytadeli.

Następnych kilka chwil spędzili w absolutnej ciszy. Nic odkrywczego nie potrafiło wydostać się z ich umysłów, pomimo że myśli w ich synapsach krążyło więcej niż potrafili zliczyć gwiazd na niebie. Po kilkunastu minutach stanęli u wrót Cytadeli. Tym razem nie było żadnej straży, jakby w popłochu wydano im inne rozkazy. Znali drogę do Wszechbota i tam też się udali. Po wejściu do sali usłyszeli w swych umysłach znany głos.
– Nie mam wam za złe, że spóźniliście się z ostrzeżeniem. Nikt tego nie przewidział, sam powinienem był aktywniej wspierać budowę Liczydła Kwantowego, ciężko to jednak osiągnąć mając na głowie traktaty światowe tego zabraniające. Co za ironia, te biologiczne pokraki dziś bombardują nas z orbity. Ale nie wszystko stracone, podążajcie za mną.
Cień na ścianie powędrował w stronę przeciwległych wrót. Javel i Botar z ciekawością wyszli z pomieszczenia na obszerny taras z widokiem na całe miasto.
Wszechbot ukazał im się w całej okazałości, nie wyglądał jak oni. Ciągle zmieniał swoją postać, jak gdyby każda jego myśl powodowała, że materia z której się składał formowała przed nimi to co chce przekazać innym. I tak z bezkształtnej masy myśli po chwili uformował się przed nimi wysoki humanoid, dostojny przywódca przypominający robota bojowego jednak bez jakiejkolwiek broni. Powoli podszedł do krawędzi trapezoidalnego tarasu, a każdy jego krok trząsł czarnym kamieniem w posadach budowli.
– Patrzcie! – krzyknął donośnym głosem.
Nad ich głowami pojawiło się niebieskie światło, które z każdą sekundą przybierało na mocy i oślepiało ich sensory optyczne. Zanim jednak dotarło do miasta rozległ się głośnych huk, spowodowany uderzeniem w czerwoną taflę, która pojawiła się na ścieżce promienia energii. Javel i Botar odetchnęli z ulgą, Wszechbot najwidoczniej zadbał o bezpieczeństwo miasta dzięki ich raportom z Komory Analiz. Jakiś rodzaj nieznanym ich osłon, zapewniał ochronę przed bombardowaniem z orbity.
– Nie bójcie się! To miasto walczy! Wzywam was wszystkich do obrony Wkładu! Wiele egzystencji zostało dziś przerwanych, ale my przetrwamy! – usłyszeli w swoich głowach naukowcy.
Podeszli do krawędzi i spojrzeli w dół. Na ulicach dało się zaobserwować nienaturalny ruch, jak gdyby całe morze czarnych punkcików falowało wraz z każdym słowem przelewanym przez Wszechbota. Poczuli się połączeni jak w Sieci podczas obliczeń do Wkładu. Czuli obecność każdego z setek tysięcy innych przedstawicieli SI u swych stóp. Ale wśród niezliczonej ilości połączeń wszystkie dążyły do tego samego punktu – ich władcy i kontrolera. Javel i Botar spojrzeli na siebie porozumiewawczo i zrozumieli, że ich projekt się zakończył. Byli już żołnierzami, tak jak każdy robotyczny obywatel w cieniu Cytadeli.

Gabriel ze spokojem, choć łzy cisnęły się mu do oczu, obserwował atak na swoją ojczystą planetę. Wiedział, że odbudowa potrwa stulecia, ale nie miał innego wyjścia. Pomimo wielu przeprowadzonych analiz, jakikolwiek desant bez wcześniejszego ataku orbitalnego na strategiczne punkty SI nie miał szans powodzenia. „Zło konieczne” – usprawiedliwiał się w myślach. Jego uwagę przykuła czerwona kropka na radarze pokazującym wszystkie obrane cele. Najwidoczniej jedno miasto w Stanach Rozdzielonych, które znał jako dziecko wyruszając do nowego świata nie zostało zniszczone. „Jak to możliwe?” – pomyślał. „Los Angeles, skąd wiedzieli…”